Skróty DDA i DDD oznaczają dorosłe dzieci alkoholików oraz dorosłe dzieci z rodzin dysfunkcyjnych. Opisują osoby, które dorastały w domu, gdzie zamiast przewidywalności i bezpieczeństwa było napięcie – z powodu uzależnienia rodzica, przemocy, choroby psychicznej, chłodu emocjonalnego czy chaosu, o którym nie wolno było mówić.
Warto od razu powiedzieć jedno: DDA nie jest diagnozą ani chorobą. To opis pewnych doświadczeń i ich śladów, które ktoś nosi w sobie w dorosłym życiu. Każdy nosi je inaczej.
Dziecko, które musiało dorosnąć za wcześnie
W domu, w którym dorośli nie są w stanie zająć się dzieckiem, dziecko szybko uczy się zajmować samo sobą – a często także dorosłymi. Staje się czujne. Wcześnie wyczuwa nastroje, przewiduje wybuchy, łagodzi konflikty, opiekuje się rodzeństwem, pilnuje, żeby z zewnątrz wszystko wyglądało dobrze.
To nie są wady. To sposoby przetrwania, które w tamtych warunkach miały głęboki sens. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy zostają z nami na długo po tym, jak przestały być potrzebne.
Jak to może wyglądać w dorosłym życiu?
Osoby, które dorastały w trudnych rodzinach, często opisują podobne doświadczenia:
- nadmierną odpowiedzialność za innych i trudność w proszeniu o pomoc,
- ciągłą czujność, napięcie, trudność w odpoczynku,
- surową wewnętrzną krytykę i poczucie, że nigdy nie robi się dość,
- pragnienie bliskości, a zarazem lęk przed nią,
- wchodzenie w relacje, które powtarzają coś znajomego – nawet jeśli bolesnego,
- poczucie, że jest się „innym” niż ludzie dookoła, choć trudno powiedzieć, na czym ta inność polega.
Nie każdy rozpozna u siebie wszystko z tej listy. Nie chodzi też o to, by przykleić sobie etykietę. Chodzi raczej o zrozumienie, skąd pewne sposoby przeżywania się wzięły. Bywa też, że w dorosłości ta sama rola wraca w związku z osobą uzależnioną – piszę o tym w tekście o współuzależnieniu.
Prawdziwe i fałszywe „ja”
Donald Winnicott, brytyjski pediatra i psychoanalityk, opisał zjawisko, które wiele osób z takim doświadczeniem zna od środka. Dziecko, którego otoczenie nie jest w stanie przyjąć jego spontanicznych potrzeb i uczuć, może zbudować coś w rodzaju ochronnej fasady – „fałszywe self”. Taka fasada dobrze się przystosowuje, spełnia oczekiwania i chroni to, co najbardziej kruche. Ma jednak swoją cenę: poczucie, że żyje się trochę obok siebie, że brakuje czegoś prawdziwego.
Jedna z pacjentek Winnicotta nazywała tę część siebie „self opiekuńczym”. To ono zadbało o to, by w ogóle trafiła na terapię, i ono przez długi czas sprawdzało, czy terapeucie można zaufać. Dopiero gdy upewniło się, że tak, mogło stopniowo oddać swoją funkcję – a wtedy pod spodem zaczęło pojawiać się to, co przez lata pozostawało ukryte. Wiele osób dorastających w trudnych rodzinach zna tę wewnętrzną opiekunkę bardzo dobrze. Czuwa, zarządza, nie pozwala odpocząć – bo kiedyś naprawdę nie było nikogo innego, kto by to robił.
Inny psychoanalityk, Sándor Ferenczi, zwrócił uwagę, że dziecko wobec przytłaczającego dorosłego często przyjmuje jego perspektywę – zaczyna patrzeć na siebie jego oczami, a winę za to, co się wydarzyło, bierze na siebie. Ten mechanizm pomaga przetrwać, ale potem latami podtrzymuje poczucie winy i wstydu, które wcale do dziecka nie należały.
Ferenczi opisał też coś, co nazwał traumatyczną progresją. Pod presją lęku dziecko nagle „dojrzewa” – rozwija umiejętności i wrażliwość, które zwykle przychodzą znacznie później. Porównywał to do owocu, który dojrzewa przedwcześnie, bo nadgryzł go ptak. Dziecko w domu pełnym nieprzewidywalnych dorosłych staje się kimś w rodzaju ich psychiatry: musi dokładnie wyczuwać, co się w nich dzieje, żeby się przed nimi ochronić. Ta przedwczesna dojrzałość bywa potem mylona z siłą.
Trzecim sposobem, w jaki – według Ferencziego – dziecko zostaje bezradnie przywiązane do dorosłego, jest „terroryzm cierpienia”. Dzieci czują przymus naprawiania tego, co w rodzinie się rozpada, i biorą na swoje barki ciężar innych – także po to, by odzyskać choć trochę spokoju i troski. Rodzic, który stale skarży się na swoje cierpienie, może zrobić z dziecka „opiekunkę na całe życie”, kosztem jego własnych potrzeb. W dorosłości często wraca to jako niemożność odpoczynku, dopóki wszyscy wokół nie są zaopiekowani.
Co może dać psychoterapia?
Psychoterapia psychoanalityczna nie polega na tym, by „przepracować dzieciństwo” według planu. To raczej stopniowe odkrywanie, jak dawne doświadczenia żyją w teraźniejszości – w lęku, w relacjach, w sposobie traktowania samego siebie.
Szczególną rolę odgrywa tu sama relacja terapeutyczna. Osoby z trudnym dzieciństwem często przynoszą do gabinetu tę samą czujność: sprawdzają, czy terapeuta jest bezpieczny, przewidywalny, czy nie odejdzie. Stała rama terapii – te same dni, te same godziny, ten sam pokój – bywa pierwszym doświadczeniem relacji, która nie zmienia się w zależności od czyjegoś nastroju. W takich warunkach można powoli odłożyć to, co kiedyś było konieczne, i sprawdzić, co jest pod spodem.
Pod twardą powierzchnią
Z zewnątrz kamień bywa szorstki i niepozorny. Dopiero przełamany pokazuje wnętrze – miękkie w kolorze, delikatne, nieoczekiwane. Ono było tam cały czas.
Jeśli rozpoznajesz w tym tekście coś ze swojej historii, możemy porozmawiać o tym podczas konsultacji w moim gabinecie we Wrocławiu.
Literatura
Ferenczi, S. (1949). Confusion of tongues between the adults and the child. International Journal of Psycho-Analysis, 30, 225–230.
Miller, A. (1979). Das Drama des begabten Kindes. Frankfurt am Main: Suhrkamp.
Winnicott, D.W. (1965). Ego distortion in terms of true and false self (1960). W: The Maturational Processes and the Facilitating Environment (s. 140–152). London: Hogarth Press.
Woititz, J.G. (1983). Adult Children of Alcoholics. Health Communications.
Fotografia: Magdalena Siwczyk-Kępa.
